Paradoks upadłości: nadmiar prawa, brak prawa
Regulacje prawa insolwencyjnego chwilami sprawiają wrażenie osobnej biblioteki, w której półki uginają się od tomów, a próżno szukać spójnego katalogu. Norm jest wiele, systematyki brak. Zamiast generalnych i abstrakcyjnych reguł mamy kolekcję kazuistycznych rozwiązań dopisywanych pod konkretne przypadki. Ustawy puchną, komentarze się mnożą, ale jak mawiają praktycy, komentarz zwykle kończy się tam, gdzie zaczyna się prawdziwy problem. A praktyki, która dawałaby przewidywalny efekt, wciąż jak na lekarstwo.
Mamy więc grube kodeksy, setki artykułów, tysiące interpretacji i cały KRZ jako wisienkę na torcie. A mimo to syndyk, wierzyciel czy sędzia muszą improwizować. Jak orkiestra, która dostała partyturę pełną nut, ale nikt nie wie, czy utwór zaczyna się od allegro, czy od ciszy. Zamiast prostych narzędzi do ratowania przedsiębiorstw dostajemy regulacyjne sudoku, w którym liczby się dublują, a wolnych pól i tak brakuje.
Paradoks polega na tym, że im więcej przepisów, tym mniej pewności prawa. Im więcej wyjątków, tym mniej reguły. Zamiast pisać normy generalne i abstrakcyjne, jak nakazuje ars legum condendarum, produkujemy kolejne kazuistyczne łatki. Efekt przypomina patchwork, w którym każda łatka przykrywa tylko jeden problem, a rozrywa się przy pierwszym kolejnym.
W praktyce to nie ustawa prowadzi postępowanie, lecz przypadek, doświadczenie i interpretacyjna ekwilibrystyka. A przecież niewypłacalność nie jest teatrem absurdu. Tu chodzi o majątek, ludzi i pieniądze. Morał? Czasem mniej naprawdę znaczy więcej. Ale póki co musimy się godzić na nadmiar prawa, który w praktyce bywa jego brakiem. Kto wie, może kiedyś doczekamy się ustawy, którą da się czytać jak kodeks, a nie jak kronikę interwencji poselskich.

