Między ustami a brzegiem pucharu: tak wygląda w praktyce wiele postępowań insolwencyjnych. Wniosek złożony, dokumenty kompletne, wszystkie strony przekonane, że to już ostatnia prosta. A jednak w tej krótkiej chwili, której prawo nawet nie definiuje, może zdarzyć się wszystko: majątek może stracić na wartości, kluczowy kontrahent może się wycofać, pojawi się nowy wierzyciel, a sąd zamiast potwierdzić oczywistość skieruje sprawę na zupełnie inny tor. Prawo przewiduje stany: niewypłacalność, restrukturyzację, upadłość. Nie przewiduje ciszy. A to właśnie ta cisza, w której nie zapada żadne postanowienie, staje się faktycznym wyrokiem. W bilansie mnożą się liczby, ale wyłącznie ujemne. Kontrahenci odchodzą, pracownicy rozchodzą się po innych zakładach, a wartość majątku topnieje. A my wciąż udajemy, że nic się nie dzieje, bo koszty tej ciszy pozostają poza rachunkiem postępowania. W tym czasie majątek topnieje w samotności, jakby czekał na swojego przyszłego curatora , którego sąd dopiero powoła. Paradoks jest oczywisty: w sprawach, które z definicji wymagają szybkości, czas płynie jak w epoce gołębi pocztowych, chociaż inkascy chasqui potrafili w jeden dzień pokonać setki kilometrów, by dostarczyć wiadomość. Wierzyciel nie ma realnych narzędzi, by przyspieszyć bieg sprawy, choć od sukcesu dzielą go pozornie tylko dwa kliknięcia. Terminy występują tu raczej w charakterze drogowskazu niż granicy. Morał? Upadłość to nie teatr, w którym publiczność cierpliwie czeka, aż aktor wejdzie na scenę. To gra, w której każda minuta przekłada się na realne pieniądze. Dopóki w systemie nie pojawi się miejsce na ten najważniejszy, dziejący się w ciszy akt, będziemy żyli w fikcji, że prawo chroni majątek, podczas gdy on po cichu znika w tej krótkiej chwili między ustami a brzegiem pucharu.

