Jedną z najstarszych i niestety najskuteczniejszych socjotechnik jest dehumanizacja poprzez język. Wystarczy odebrać człowiekowi jego imię, a przypiąć mu etykietę: element, szkodnik, wróg ludu. Wtedy łatwiej nim zarządzać, łatwiej go potępić, łatwiej odsunąć emocje i współczucie. To nie jest już osoba, tylko kategoria. Tak działa język, gdy zamiast podmiotowości oferuje stygmat.
W polszczyźnie słowo „upadły” ma wyjątkowo ciężki bagaż: upadły anioł, upadła kobieta, upadłe obyczaje. W każdym przypadku to obraz degradacji: moralnej, społecznej, ostatecznej. Nie ma w nim miejsca na neutralność. A jednak właśnie ten termin ustawodawca podsunął sądom i praktykom, by mówić o człowieku, który próbuje uporać się z długami. Formalnie poprawnie, semantycznie jak wyrok. Człowiek znika, zostaje etykieta.
Tymczasem wielu niewypłacalnych nie jest „upadłymi” w tym symbolicznym sensie. To raczej ofiary systemu, który nie tylko wymagał od nich nadmiernej konsumpcji, ale wręcz na niej zbudował swoją wydolność. Gospodarka nie działa dziś na zasadzie umiaru, ale dzięki nadmiarowi. Bez zakupów na kredyt, rat zero procent i promocji „kup dwa, trzeci gratis” koło zamachowe PKB staje. Banki żyją z odsetek, państwo z VAT, sieci handlowe z obrotu. Konsument ma wydawać więcej niż potrzebuje, a jeśli nie wydaje, staje się problemem. Ta lekkomyślność, którą prawo wytyka dłużnikowi, często nie jest samodzielną przyczyną kryzysu, lecz rezultatem presji systemu, który wymaga nadmiernej konsumpcji.
Mechanizm jest prosty i brutalny. Najpierw człowieka wypycha się w stronę nadmiernych wydatków, bo taki jest interes gospodarki. Potem, kiedy traci równowagę, system stawia mu semantyczny nagrobek: „upadły”. To podwójna kara. Najpierw ekonomiczna, w postaci długu, egzekucji i konieczności sięgnięcia po upadłość. Potem leksykalna, w postaci słowa, które w codziennym odbiorze oznacza moralne dno.
Dlatego warto zatrzymać się nad językiem. Ustawodawca może mieć swoje terminy techniczne, ale praktyka, media i społeczeństwo nie muszą ich powielać bez refleksji. Jeśli naprawdę wierzymy, że celem upadłości jest powrót do normalności, a nie piętno, to czas zmienić słowa. Nie „dłużnik, upadły”, lecz osoba w kryzysie niewypłacalności. Kryzys można przejść. Z piętna trudno się podnieść.
Język nie oddłuży nikogo, ale może przynajmniej nie dobijać tych, których już i tak pokonała ekonomia. In dubio pro homine.
