Prawo ma swoje środowisko naturalne. Rządzi się równowagą między normą a praktyką, między sensem przepisu a jego skutkiem. Gdy w ten ekosystem wpuści się obcy gatunek, nawet w dobrej wierze, skutki bywają nieprzewidywalne. W ostatniej nowelizacji restrukturyzacyjnej takim przybyszem stał się cramdown , który pozwolę sobie nazwać po polsku układem niekonsensualnym. Bo cramdown brzmi jak coś, co się wykonuje, a nie uzgadnia. Jakby ktoś zamiast układu proponował przyłożenie.
A przecież układ to nie ugoda. W układzie nie chodzi o kompromis, tylko o konsensus. Nie o to, by każdy dostał po trochu, lecz by wszyscy uznali, że więcej zyskają, jeśli pójdą w tym samym kierunku. To wspólna decyzja o współpracy mimo różnic, a nie kapitulacja jednej ze stron. Tymczasem nowy model przynosi logikę odwrotną: decyzję, która może zapaść mimo braku zgody. Ale nie w tym rzecz. Sedno tkwi w tym, jak pogodzić sprzeczne racje z jednej ochronić wierzyciela, który mówi „nie”, a jednocześnie nie pogrzebać szansy przedsiębiorstwa, które jeszcze może powiedzieć „tak”. Mechanizm, który miał być mostem, w polskich realiach łatwo staje się barykadą.
Ustawodawca Ameryki nie odkrywał. On ją po prostu skopiował. Cramdown nie jest odkryciem, tylko importem z gatunku tych, które lepiej wyglądają w katalogu niż w praktyce. W przeciwieństwie do Kolumba, który pomylił się z pożytkiem, tu wszystko było zgodne z planem. I to właśnie jest problem.
W teorii to tylko techniczny mechanizm: cross-class cramdown , czyli międzygrupowe zatwierdzenie układu mimo sprzeciwu części wierzycieli. Brzmi nowocześnie, jak hasło z amerykańskiego Chapter XI , które w drodze przez Atlantyk zgubiło przypisy. Problem w tym, że w naszym systemie takie pojęcia brzmią jak tłumaczenia bez gramatyki. Niby wiadomo, o co chodzi, ale sens gubi się gdzieś między językiem ekonomii a językiem postanowień sądu.
Układ niekonsensualny w obecnym kształcie funkcjonuje w logice obcej naszemu systemowi. W prawie anglosaskim decyzję uzasadnia wynik, u nas wynik ma uzasadnienie w decyzji. Tam można zderzyć grupy wierzycieli w symulacji ekonomicznej, tutaj trzeba to przeliczyć według zasad rachunkowości. A te są bezlitosne: nie da się wycenić przedsiębiorstwa, które jednocześnie kontynuuje działalność i upada. Nie da się też porównać wartości w użyciu z wartością likwidacyjną, jakby należały do tej samej kategorii. To tak, jakby badać zdrowie pacjenta na podstawie średniej między tętnem a temperaturą pokojową.
Układ niekonsensualny nie jest zły z natury. Tylko że przyjęty bez kontekstu zaczyna zachowywać się jak gatunek inwazyjny: szybko się rozprzestrzenia, wypiera dotychczasowe rozwiązania i zmienia środowisko, w którym miał funkcjonować. A im bardziej udajemy, że to naturalna ewolucja, tym trudniej dostrzec, że to raczej mutacja.
Morał? Nie każde prawo, które dobrze wygląda w obcym klimacie, aklimatyzuje się w naszym. Pytanie tylko: jakie szkody po drodze poczyni i na ile zmieni cały ekosystem.

