Quo vadis, Sindice?
Licencja doradcy restrukturyzacyjnego wydana przez Ministra Sprawiedliwości uprawnia do wykonywania dwóch zawodów, wymagających wielu kompetencji, których często nie da się zgromadzić w jednej osobie, a niezmiernie trudno w jednej kancelarii. Z jednej strony jest to funkcja publiczna i odpowiedzialność wobec ogółu: przejrzystość, rzetelność, ochrona wierzycieli, porządek w obrocie. Z drugiej usługa rynkowa i codzienność przedsiębiorcy: płynność, kontrakty, banki, podatki, ludzie. Ten zawód żyje na styku dwóch porządków. Dlatego ważniejsze od haseł są fakty, rachunek i wykonalność. W tym miejscu zaczyna się matematyka postępowania: test zaspokojenia wierzycieli. Nie jako dekoracja, tylko rachunek publiczny. Ma się opierać na rzetelnych wycenach i jawnych założeniach. Założenie kontynuacji i wycena likwidacyjna opisują różne światy; mieszane bez świadomości różnic rodzą złudzenia, które pękają przy pierwszym zderzeniu z gotówką. Dłuższe uzasadnienie nie sprawi, że układ, który nie przechodzi prostego sprawdzianu wykonalności stanie sią lepszy tylko co najwyżej droższy.
Większość to nie wszystko. W praktyce wiele układów jest niekonsensualnych i nie ma w tym nic nagannego, o ile ci, którzy głosują przeciw, mają realną ochronę. Zatwierdzenie mimo sprzeciwu ma sens tylko wtedy, gdy nikt z grupy „na nie” nie wychodzi gorzej na tym układzie niż na upadłości, gdy nie ma nieuzasadnionej dyskryminacji, gdy zachowane są zasady pierwszeństwa i gdy plan naprawdę da się wykonać. Jeżeli tych prób plan nie wytrzymuje, właściwą odpowiedzią jest likwidacja. Właśnie po to, by nie krzywdzić mniejszości i oddać wartość z powrotem do obiegu.
Miary są potrzebne, ale prostej nie ma. Te oczywiste często fałszują: czas postępowania premiuje pośpiech kosztem rzetelności, procent zaspokojenia zachęca do ściskania mniejszości, liczba układów nic nie mówi o ich wykonaniu. Gdy wskaźnik staje się celem, przestaje być miarą. Trzeba pokazywać wynik wraz z kosztem jego osiągnięcia i rozkładem ciężarów. Inaczej rachunek jest niepełny, a sprawiedliwość pozorna. Technologia nie zastępuje rozsądku, ale porządkuje ślad. Rejestry i systemy są po to, by skracać czas, zmniejszać dowolność i jasno wskazywać, kto i kiedy jest na ruchu. Same niczego nie rozstrzygają, ale sprawiają, że nikt nie może udawać, że „nie wiedział”. Prawo insolwencyjne ma pilnować, aby energia upadłego przedsiębiorstwa - ludzie, wiedza, majątek, relacje - wracała do rynku. Upadłość ma udrażniać obieg, nie go zatykać. Jeśli prawo zamienia porządkowanie w retorykę, traci sens. Jeżeli doradca myli narrację z wynikiem, traci zaufanie. Morał? Społeczną potrzebę samorządu doradców widać jak na dłoni. Zawód łączący funkcję publiczną z odpowiedzialnością rynkową potrzebuje własnych reguł, realnej odpowiedzialności dyscyplinarnej, wspólnych standardów rzetelnych wycen i mierników jakości oraz zespołowego modelu pracy, który uczciwie wykorzysta różne kompetencje. Samorząd nie jest celem samym w sobie. To narzędzie porządku, które chroni wierzycieli i uczciwych dłużników, wzmacnia niezależność doradców i pozwala mówić jednym, zrozumiałym językiem rezultatu.
