Zgodnie z treścią art. 3 ust. 1 ustawy Prawo restrukturyzacyjne: „Celem postępowania restrukturyzacyjnego jest uniknięcie ogłoszenia upadłości dłużnika...” Brzmi trochę jak ulotka: ból zęba leczony uśmiechem. Tak określony cel stawia całą praktykę na złej osi. Jeśli ustawodawca wpisuje do ustawy „unikać”, to dłużnik robi dokładnie to, czego nauczył się w dzieciństwie: chować się pod kołdrę, aż burza przejdzie. Ekonomia nie ma odpowiednika kołdry tylko rachunek. I dlatego warto doprecyzować, czym w ogóle jest restrukturyzacja w sensie praktycznym: to bezpieczne otoczenie prawne dla faktycznej restrukturyzacji przedsiębiorstwa. Bezpieczne, czyli z moratorium zamiast paniki, z ochroną przed egzekucją po to, by wykonać realne zmiany, z nadzorem sądu i doradcy jako gwarancją uczciwej gry oraz z tarczami, które chronią mniejszość wierzycieli. W restrukturyzacji chodzi o ochronę wartości i interesu ogółu wierzycieli; jeśli da się tę wartość uratować, ratujemy, jeśli nie, przestajemy udawać terapię i robimy porządek. Upadłość jest fundamentem zapewnienia bezpieczeństwa obrotu. Skraca czas niepewności, oddaje zasoby do obiegu, zamyka sprawy, które tylko produkują koszty tarcia. W biologii o równowagę dba apoptoza: programowane obumieranie komórek zapobiega nowotworzeniu. W obrocie tę funkcję pełni sprawna upadłość: usuwa to, co nie działa właściwie, żeby chronić organizm rynku. Straszenie upadłością jest równie rozsądne jak straszenie chirurgią, gdy pacjentowi trzeba wyjąć gwóźdź, a nie przykładać okłady z prezentacji. Są trzy pytania, które rozdzielają retorykę od rzeczywistości. Po pierwsze wartość: czy wartość w kontynuacji, liczona po kosztach i w czasie, rzeczywiście przewyższa wartość likwidacyjną. Po drugie finansowanie: czy jest paliwo na okres przejściowy, nie w katalogu obietnic, tylko na rachunku. Po trzecie wykonalność: czy plan da się dowieźć w terminach, a nie opowiadać na konferencjach. Jeżeli choć jedno „nie” wybrzmiewa głośniej niż reszta, należy spokojnie przejść do upadłości. Nie z żalem, z profesjonalizmem. Psychologia robi tu większą krzywdę niż paragraf. Zapis „unikać upadłości” uczy odwlekania, podsyca wstyd, konserwuje złudzenia. Zamiast terminu i rachunku dostajemy miesiące nadziei na cud pod nazwą „jeszcze chwila”. W praktyce to zwykle oznacza wyższy rachunek dla wierzycieli, dłuższą agonię dla dłużnika i większy chaos dla rynku. A im dłuższy czas bez właściwego leczenia, tym większe prawdopodobieństwo wystąpienia przerzutów. Polityka komunikacyjna państwa powinna działać odwrotnie: normalizować terminowe wnioski o upadłość, nagradzać rzetelne ujawnienie problemu krótszą procedurą i mniejszymi kosztami, ułatwiać szybkie przejście ludzi, umów i aktywów do obiegu. Upadłość nie powinna być karą. Za to karane powinno być trwanie w fikcji. „Unikanie upadłości” to zły kompas. Właściwy kierunek brzmi prosto: albo realnie przywrócić zdolność do regulowania zobowiązań, albo szybko udrożnić obieg wartości w upadłości. Wierzyciel wtedy głosuje nad planem a nie nad hasłem, dłużnik wie, co ma wykonać, a sąd ocenia projekt, a nie życzenie. Gospodarka odzyskuje energię, zamiast rozpraszać ją w entropii pozorów. Morał jest mało romantyczny, ale skuteczny: nie uczmy rynku bać się upadłości. Uczmy go podejmować decyzje na czas. Iuris praecepta sunt haec: honeste vivere, alterum non laedere, suum cuique tribuere.

