Zacznijmy od porządku słów: przyczyna wywołuje zdarzenie. Ze zdarzenia wynika skutek. Brak płynności rzadko bywa przyczyną (właściwie można by rzec: nigdy). W praktyce insolwencyjnej mamy zwykle do czynienia niestety już ze skutkiem: długiem. Ustawa prawo restrukturyzacyjne zajmuje się właściwie tylko nim. To błąd. Chociaż ta dziedzina nie jest w tym zakresie wyjątkiem. O wiele łatwiej i efektowniej jest skupić się na skutkach. O wiele trudniej dociekać przyczyn. Do tego trzeba umiejętności, aby sięgać głębiej. Diagnoza nie polega na ogólnikach. Najpierw model przychodu: czy transakcja przynosi dodatnią marżę na sztuce i w skali, czy katalog i cennik nie generują straty z definicji. Potem obieg pieniędzy: zapasy, należności, terminy, gdzie zamiera ruch gotówki i jak go odmrozić. Wreszcie finansowanie: koszt kapitału, udział zmiennego oprocentowania, kalendarz spłat: czy nie dławią codziennej pracy. Taki porządek pozwala oddzielić to, co boli, od tego, co powoduje chorobę. Skutków nie leczy się formułami, lecz decyzjami z datą i rachunkiem. Dobry plan łączy hipotezę przyczyny z dowodami, przypisuje działania do osób i terminów, wskazuje źródła finansowania okresu przejściowego. Jeżeli brakuje któregokolwiek z tych elementów, „układ” staje się wymianą deklaracji. Do błędów diagnozy dokładają się mechanizmy psychologiczne: przywiązanie do utopionych kosztów, efekt potwierdzenia, niechęć do zmiany kursu. Zamiast rozebrać problem na czynniki, wygodniej poprawić prezentację i czekać. Cena czekania rośnie geometrycznie w odwrotnej proporcji do wiarygodności. Rośnie koszt pieniądza, a energia firmy rozprasza się w czystą entropię: ciepło sporów, które niczego nie naprawiają. Wniosek jest niezmienny: restrukturyzacja dotyka skutku, ale zaczyna się od przyczyny. Plan ma udowodnić właściwą diagnozę, adekwatny mechanizm zmiany oraz finansowanie i kalendarz wykonania. Bez tego nawet felietonu o skutku i przyczynie zawsze skończy się spisem objawów a nie rozpoznaniem.
Sublata causa, tollitur efectus.

