IBDNInstytut Badań nad Długiemi Niewypłacalnością ← Po godzinach
Przy piątku o niewypłacalności · vol. 29

O błędzie analogii w restrukturyzacji

Tomasz Ryżyński, kwalifikowany doradca restrukturyzacyjny (licencja nr 1174) · 20 lutego 2026

O błędzie analogii w restrukturyzacji

W restrukturyzacji chętnie mówimy językiem medycyny. Padają słowa o terapii, leczeniu, reanimacji, czasem o rokowaniach. To skrót wygodny, bo porządkuje myślenie i pozwala nazwać wysiłek. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy ten skrót zaczyna udawać rzeczywistość. Ustanie bytu przedsiębiorstwa nie jest porównywalne ze śmiercią człowieka. Firma nie ma godności, cierpienia ani prawa do trwania jako wartości samej w sobie. Jest konstrukcją, która ma organizować zasoby i wytwarzać wartość. Gdy przestaje to robić, uporządkowane zakończenie jej bytu nie jest moralną katastrofą, tylko elementem ładu gospodarczego. Jedyna analogia medyczna, która w procedurze działa bez zarzutu, brzmi prosto: im poważniejsza choroba, tym droższe leczenie. Tu różnica między człowiekiem a przedsiębiorstwem jest kluczowa. Życia ludzkiego nie przelicza się na pieniądze. Pieniądze na pieniądze przeliczać należy. I to jest właśnie rdzeń decyzji procesowej: czy koszty dalszego postępowania, finansowania okresu przejściowego i czasu mają jeszcze sens w relacji do wartości, którą da się realnie uratować. Jeśli nie, procedura przestaje pełnić funkcję naprawczą i zaczyna rozpraszać wartość.

To błąd procesowy, nie moralny. Polega na tym, że mylimy cel postępowania z samym jego trwaniem. Skupiamy się na tym, że sprawa „idzie”, zamiast na tym, czy prowadzi do wyniku. Układ ma sens tylko wtedy, gdy jest wykonalny i lepszy dla ogółu wierzycieli niż wariant alternatywny. Jeżeli plan nie zawiera realnych działań, terminów, odpowiedzialnych i finansowania przejścia, to postępowanie staje się formą bez treści. Wtedy medyczna metafora zaczyna szkodzić, bo usprawiedliwia trwanie dla samego trwania, jakby samo „leczenie” było wartością. W prawie naturalnym mówi się o prawie do życia, zachowania życia i przekazania życia. To ma sens wobec człowieka. Spółka nie ma "życia" w tym znaczeniu, ma co najwyżej ciągłość formy. Dlatego język ratowania życia w restrukturyzacji bywa użyteczny jako skrót, ale bywa też pułapką, jeśli zaczyna przesłaniać rachunek i cel postępowania. Metafora ma pomagać rozumieć, a nie zastępować decyzję.

Dlatego pytanie, które powinno wracać jak refren, jest w gruncie rzeczy proste. Komu służy dalsze trwanie postępowania. Czy chroni wartość, czy tylko ją przesuwa. Czy skraca niepewność, czy ją konserwuje. Czy porządkuje, czy jedynie przedłuża moment rozstrzygnięcia. Bo restrukturyzacja nie jest sztuką przedłużania oddechu formalnego bytu. Jest narzędziem uporządkowania interesów i uratowania wartości tam, gdzie to jeszcze możliwe. W restrukturyzacji najdroższy bywa błąd analogii. Procedura, która miała ratować wartość, potrafi ją skonsumować.

Dlatego warto sobie zadać zawsze pytanie: Cui bono?

„Przy piątku o niewypłacalności" - cotygodniowy felieton o prawie, długu i słuszności. Zaprenumeruj cykl na Substacku →