IBDNInstytut Badań nad Długiemi Niewypłacalnością ← Po godzinach
Przy piątku o niewypłacalności · vol. 45

Zasada minimalizacji utraty wartości

Tomasz Ryżyński, kwalifikowany doradca restrukturyzacyjny (licencja nr 1174) · 09.08.2026

Adolph von Menzel Walcownia Żelaza 1872-1875
Adolph von Menzel Walcownia Żelaza 1872-1875

W fizyce istnieje zasada zachowania energii. Energia nie powstaje z niczego i nie znika, może jedynie zmieniać postać. Gdyby podobna zasada obowiązywała w gospodarce, prawo insolwencyjne byłoby zajęciem znacznie spokojniejszym. Przedsiębiorstwo mogłoby upaść, maszyny zmienić właściciela, ludzie pracodawcę, nieruchomości przeznaczenie, a wartość, która dotąd tkwiła w jednym miejscu, pojawiałaby się gdzie indziej. Nic by nie ginęło, zmieniałaby się tylko postać.

Niestety, jest jeszcze entropia. Jako wyniosły humanista nie będę udawał fizyka. Wystarczy nam dość prosta obserwacja. Działające przedsiębiorstwo jest pewnym uporządkowanym układem. Mnóstwo rzeczy działa razem i właśnie dlatego całość ma wartość. Potem przychodzi niewypłacalność i ten porządek zaczyna się rozpadać. Z początku niewiele się zmienia. Hala stoi tam, gdzie stała. Maszyny są na miejscu. Pracownicy nie zapomnieli fachu. Klienci nadal potrzebują produktu. W spisie inwentarza wszystko może wyglądać całkiem przyzwoicie.

Tyle że jeden pracownik właśnie znalazł inną pracę. Klient podpisał umowę z konkurencją. Dostawca od dziś żąda przedpłaty. Za chwilę wygaśnie ważna umowa, potem zezwolenie, potem czyjaś cierpliwość. Po kilku miesiącach nadal mamy halę i maszyny. Nie mamy już przedsiębiorstwa, które jeszcze niedawno z nich korzystało. To jest właśnie insolwencyjna entropia. Nie musi niczego fizycznie ubywać. Wystarczy, że rozproszą się związki pomiędzy poszczególnymi elementami i z tego samego majątku można zrobić coraz mniej. Spis inwentarza tego nie pokaże. Będzie w nim nieruchomość, linia produkcyjna, samochód i zapas magazynowy. Nie będzie rubryki na załogę, która umiała wspólnie pracować, klienta odbierającego połowę produkcji ani dostawcę dającego sześćdziesiąt dni terminu płatności. A przecież także tam znajdowała się wartość przedsiębiorstwa.

Stąd konieczność określenia zasady minimalizacji utraty wartości. Jeżeli mamy kilka zgodnych z prawem i rzeczywiście dostępnych sposobów wykorzystania przedsiębiorstwa, jego części albo składników majątku, wybierajmy ten, który po uwzględnieniu czasu, kosztów i ryzyka pozwoli zachować możliwie najwięcej ich wartości gospodarczej i wykorzystać ją ponownie. Nie jest to wezwanie do ratowania każdej firmy. Są przedsiębiorstwa, których dalsze prowadzenie ma tę osobliwość, że z każdym miesiącem przybywa w nich głównie wierzycieli. Takie przedsiębiorstwo może przynosić gospodarce więcej pożytku po rozebraniu niż w całości. Rzecz właśnie w tym, żeby wiedzieć, kiedy zachować całość, kiedy część, a kiedy poszczególne składniki. Maszyna sprzedana innemu przedsiębiorcy i uruchomiona następnego dnia nie przestała być gospodarczo użyteczna tylko dlatego, że zmieniła właściciela. Hala może służyć innej produkcji. Zorganizowaną część przedsiębiorstwa może przejąć konkurent. Zespół może dalej pracować pod inną nazwą. Nie ma żadnego szczególnego powodu, dla którego gospodarka miałaby być przywiązana do szyldu na bramie.

Likwidacja nie musi więc oznaczać niszczenia wartości. Dobrze przeprowadzona może być sposobem jej przeniesienia tam, gdzie znowu będzie pracowała. Gorzej, gdy zamiast przenosić wartość, pozwalamy jej spokojnie wyparować. Tu praktyka zna metodę dość skuteczną: czas. Klient, który odszedł do konkurencji, nie ma obowiązku wrócić. Rozproszony zespół nie czeka w domach na telefon syndyka. Inwestor, który przez kilka miesięcy nie wie, czy będzie mógł kupić przedsiębiorstwo, może w końcu kupić inne. Wartość przedsiębiorstwa potrafi znikać znacznie szybciej niż wartość jego nieruchomości.

A my czasem zachowujemy się tak, jakby czas był w postępowaniu za darmo. Nie jest. Najciekawsze zaczyna się przy porównywaniu wariantów. Ten, który wybraliśmy, zazwyczaj ma liczby, wycenę i uzasadnienie. Pozostałe bywają „trudne”, „ryzykowne”, „problematyczne” albo „przedwczesne”. Przymiotnik jest pod tym względem bardzo poręczny. Nie wymaga kalkulatora. Po pół roku sprzedaż przedsiębiorstwa rzeczywiście okazuje się trudna. Odeszła część załogi, największy klient podpisał umowę z konkurencją, dostawcy przestali współpracować, a człowiek, który chciał kupić zakład, zainwestował gdzie indziej. Możemy wówczas z pewną satysfakcją zauważyć, że od początku mieliśmy rację. Trochę pomogliśmy rzeczywistości dostosować się do prognozy. Dlatego warianty trzeba porównywać wtedy, kiedy jeszcze istnieją. Nie tylko pod względem ceny, ale również czasu, kosztów, ryzyka i tego, ile wartości zostanie po drodze utracone.

Cena oczywiście pozostaje najważniejsza. Syndyk nie jest ministrem przemysłu, a wierzyciele nie mają obowiązku dopłacać do ratowania zakładu dlatego, że ładnie wygląda na przedwojennych fotografiach. Jeżeli ktoś płaci wyraźnie więcej za maszyny na złom niż konkurent za ich dalsze wykorzystanie, trudno żądać od wierzycieli finansowania naszych gospodarczych sentymentów. Ale bardzo często wybór nie jest aż tak prosty. A wtedy warto pamiętać, że ten sam składnik może zostać sprzedany i następnego dnia wrócić do gospodarki albo przez dwa lata stać w magazynie, aż stanie się zabytkiem techniki.

W fizyce wzrost entropii nie oznacza, że energia przestała istnieć. Oznacza między innymi, że coraz mniej z niej możemy wykorzystać do wykonania pracy. Z przedsiębiorstwem w niewypłacalności bywa podobnie. Majątek nadal istnieje, tylko coraz mniej jego dawnej wartości daje się odzyskać. Prawo nie zatrzyma tego procesu. Niewypłacalność zawsze kosztuje i czasem bardzo dużo. Można jednak próbować nie dokładać do tego kosztu własnego.

I właśnie do tego sprowadza się wzmiankowana zasada: jeżeli coś jeszcze może pracować, nie pozwólmy temu bez potrzeby przestać pracować tylko dlatego, że zmienił się właściciel, procedura albo szyld na bramie. W upadłości i tak będzie co dzielić. Dobrze byłoby tylko wcześniej nie rozproszyć tego, co można było puścić dalej w obieg.

Non refert quam multa diviseris, si prius perdidisti quod dividendum erat.

„Przy piątku o niewypłacalności" - cotygodniowy felieton o prawie, długu i słuszności. Zaprenumeruj cykl na Substacku →