Dyrektywa zmarnowanej szansy czyli jak z dobrego pomysłu zrobić złe przepisy
W zamyśle miało być prościej, szybciej i bardziej przewidywalnie. W praktyce wyszło jak zwykle: komplikacja, nadregulacja i chaos interpretacyjny. Brzmi znajomo? Niedługo wejdzie w życie nowelizacja Prawa restrukturyzacyjnego, wdrażająca unijną dyrektywę drugiej szansy. Miała być krokiem w stronę nowoczesnej restrukturyzacji, a okazała się krokiem w rozkroku, gdzieś między teorią a praktyką. Mamy więc nowe terminy, nowe etapy, nowe obowiązki i oczywiście i nowe wątpliwości. Zabrakło uporządkowania sytuacji doradców restrukturyzacyjnych, którzy wciąż funkcjonują w systemie pełnym luk, sprzeczności i niekonsekwencji. Dyrektywa dawała impuls, żeby to zmienić. Można było zbudować przejrzyste ramy dla zawodu, który odgrywa dziś kluczową rolę w procedurach naprawczych. Zamiast tego, zgodnie z utrwalonym zwyczajem dokręcono śrubę tam, gdzie nie trzeba, a odkręcono tam, gdzie nie wolno. Może dlatego, że jak coś działa na pół gwizdka, to po co to psuć? Zwłaszcza jeśli funkcjonuje jako niedookreślony twór zawieszony między zawodem zaufania publicznego a rejestrem prowadzonym w rytmie losowania totolotka. Reforma przyniosła nie tyle przełom, co symfonię niedomówień. I jak to z symfonią bywa, trzeba znać nuty, żeby ją zrozumieć. A tu nikt nie dał partytury. Pojawiły się nowe obowiązki, które brzmią rozsądnie, dopóki ktoś nie zapyta: „w jakiej formie?”, „w jakim terminie?”, „w jakim celu?”. I wtedy zapada cisza. Przerywana jedynie szelestem kartek, bo oto wracamy do tego, co w polskim prawie najtrwalsze: interpretacyjnej ekwilibrystyki. Owszem, zmiany były potrzebne. Ba! Wymagane. Tyle że przepisanie książki kucharskiej nie czyni z nikogo kucharza. Zwłaszcza jeśli przepis brzmi: „Ugotuj al dente, chyba że sąd postanowi inaczej”. Miała być rewolucja. Mieliśmy uprościć, uczynić dostępniejszym i pomóc uczciwym dłużnikom i przedsiębiorcom. A my? Jak zwykle po swojemu. Zamiast uproszczeń dodaliśmy kilka nowych zagadek legislacyjnych. Zamiast większej przejrzystości dodaliśmy więcej wyjątków, warunków i zastrzeżeń. A zamiast realnych ułatwień dla obywatela pakiet regulacyjnej gimnastyki, który ucieszy głównie komentatorów i tych, którzy lubią się kłócić o przecinki. Owszem, prawo się zmieniło. Tyle że nikt nie będzie umiał powiedzieć dokładnie na co. A ci, którzy będą musieli je stosować, najpierw spróbują zrozumieć, co autor miał na myśli. A potem się z nim pokłócą. Bo są momenty, kiedy zmarnowana szansa boli bardziej niż jej całkowity brak. I to właśnie jeden z tych momentów.
